Stresowalam sie bardzo, jak to kobieta - na zapas, wiec juz od kilku tygodni chodzilam jak na szpilkach. Balam sie juz samej podrozy. Wyjazd o drugiej w nocy, po calym dniu liczenia wyplat, przewidywalna pogoda (czyt. warunki jazdy), zdezelowane wycieraczki doprowadzajace mnie do szalu miarowym lomotem, no i odosobnienie w samochodzie (wciaz jest to miejsce gdzie nie udaje mi sie uciec przed myslami).
Jako osobie niezwykle zaradnej, udalo mi sie zredukowac ilosc elementow niekorzystnych ;). Przede wszystkim, rozplanowalam prace tak, ze moglam zawinac sie do domu juz o 2 pm i odpoczac. Na pogode niestety nie mialam zadnego wplywu, lalo nawet mocniej niz zwykle, ulice byly miejscami podtopione, na wysokosci Dundee mgla, ze oko wykol. Za to wycieraczki nowiutkie smigaly bezszelstnie :) z glosnikow spiewala zdetoksykowana Whitney Houston na zmiane z Alexandra, no i najwazniejsze - okazalo, sie ze dwojka moich znajomych leci tym samym samolotem, wiec mialam towarzystwo. Z punktu A do punktu B dojechalismy bezpiecznie i na czas. Tomkowi zagotowalo sie tylko raz, gdy na zyczenie Basi wymienialam Alexandre na Whitney, nie ufal kobiecej podzielnosci uwagi
.
Na lotnisku zaskoczyla mnie dokladnosc z jaka przeprowadzono odprawe celna. Po przejsciu przez bramke co druga osoba zostala ''obmacana'' w poszukiwaniu nie wiem czego. Ja mialam pecha, wypadlo, ze bylam co pierwsza
, za to bagaz podreczny przetrzepano mi bardzo dokladnie, nawet ksiazka zostala przekartkowana, wszystkie zameczki i kieszonki otwarte, a paluszki pani celniczki slizgaly sie po wnetrzu torby szukajac jakichs ukrytych schowkow.
Dalsza podroz przebiegla juz bezproblemowo i tylko zmeczenie dawalo mi sie we znaki. Bo czymze innym jak nie krancowym zmeczeniem mozgu wytlumaczyc np. zaskoczenie i towarzyszaca mu mysl: ''ile tu Polakow'' podczas wizyty w RP.
Majac za soba pierwszy etap, moglam skupic sie na etapie drugim, rowne stresujacym, czyli jak przezyc nieuniknione spotkanie z ''juz nie tesciami'', jak spotkac sie z wszystkimi przyjaciolmi w zaledwie 3 dni, no i oczywiscie sprostac oczywistemu celowi mojego wyjazdu do Polski w dniu Wszyskich Swietych.
Dotychczasowe stosunki z moimi tesciami byly delikatnie rzecz ujmujac trudne, natomiast stosunki z ''juz nie tesciami'' okazaly sie byc jeszcze trudniejsze. I na tym temat zakonczmy.
W spotkaniu z przyjaciolmi pomogli Ania z Siwkiem, ktorzy otworzyli drzwi swego domu dla naszej zgraji. Obecnoscia dopisali prawie wszyscy, a niektorzy jeszcze bardziej - siostry Siwka, Ilony, nie widzialam wieki cale i az sie wzruszylam na jej widok. Popijajac co kto lubi, wspominalismy dawne dzieje, kiedy to jeszcze bylismy piekni i mlodzi, wszystkim nam brakowalo Marcina, rozumielismy sie bez slow i nie musielismy o tym mowic. I tak bylo lepiej. Cytujac Ize Kune w Lejdis - obrzadek indianski
.
Za to oficjalna msza na cmentarzu, z tlumem ludzi, ktorych wzrok czulam na sobie, przyniosla mi bol niemal fizyczny. Cala sile woli skupilam na tym, aby sie nie rozkleic i jakos mi sie udalo. Jednak przez to skupianie sie na ochronie wlasnej prywatnisci caly ten wyjazd jakby stracil dla mnie sens. Na przyszlosc chyba skorzystam z rady Margaret i wszelkie rocznice celebrowac bede na modle szkocka, robiac w tych dniach to wszystko, na co Marcin mialby ochote gdyby byl z nami. Zreszta dzieci juz zaaprobowaly ten pomysl, a i Marcin chyba tez, bo usmiechnal sie do mnie szelmowsko ze zdjecia :).
Z kolezankami z ZUS juz mi sie nie udalo spotkac na plotach. Odwiedzilam je tylko w miejscu pracy, stresujac je okropnie, gdyz poprosilam kolezanke z obslugi klienta, aby zawezwala je tam niezwlocznie w celu uspokojenia niezmiernie zdenerwowanego interesanta machajacego jej przed nosem pismem podpisanym przez kazda z osobna. Daly sie nabrac wszystkie jak jeden maz, w koncu w ZUS to normalka, ze klient jest nie zadowolony, i z bijacym sercem zbiegly z drugiego pietra z objawami przepowiadajacymi zawal serca. Ale mialam frajde!
Nastepnie zaczal sie ostatni, oczywiscie stresujacy, etap wyprawy - pakowanie. Otoz Anna A. obdarowala mnie ksiegozbiorem ze swej biblioteczki w ilosci znacznej, oraz co nie pozostaje bez znaczenia, o wadze 10kg. Oczywiscie nie bylam w stanie zrezygnowac z jakiejkolwiek pozycji i skonczylo sie na tym, ze mala torbe do bagazu podrecznego zamienilam na wieksza i wleklam te biblioteke za soba przez cale lotnisko :)
Jakby tego bylo malo Grazynka, z ktora spotkalam sie w ostatni wieczor przed wylotem podarowala mi ksiazeczke z aforyzmami o madrosci kobiet (czasem cos tu zacytuje) oraz, zainspirowana lektura mego bloga, magnes na lodowke gloszacy oczywista prawde, ze ''kac nie jest od picia, tylko od wstawania'', z ktorego to prezentu musialam grubo tlumaczyc sie dzieciom
. Nie latwo w koncu wyjasnic cos dziecku, posiadajac wiedze czysto teoretyczna
.
I tak oto cztery, raczej bezsenne, dni w podrozy dobiegly konca. Celnicy polscy nie kontrolowali ''swoich'' tak dokladnie jak ich brytyjscy koledzy, obeszlo sie wiec bez kartkowania zawartosci mego bagazu podrecznego. W sumie cala wyprawe nalezy zaliczyc do udanych, jako ze w drodze powrotnej z Glasgow Prestwick do Aberdeen po raz pierwszy udalo mi sie wrocic wlasciwa trasa. Dotychczas za kazdym razem moja nawigacja satelitarna, ktorej ufalam bezbrzeznie, na wysokosci Perth wyprowadzala mnie na manowce podrzednych drog lokalnych, z ktorych na A90 wyjezdzalam dopiero na wysokosci Forfar. Ale nie tym razem! Wyzbywajac sie typowo kobiecej, nieukrywajmy, przypadlosci nie zauwazania znakow drogowych i drogowskazow, postanowilam tym razem baczniej sie im przyjrzec, skorygowac informacje podawane mi przez SatNav i Ta!, Ta! jak po sznurku do domciu. Szkocica rules!
Brak komentarzy.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 3090
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
sama jeszcze nie wiem jak to wyjdzie :)