Skarżyłam się na łamach jakiś już czas temu, że latorośle moje karegorycznie odmówiły uczęszczania do sobotniej szkoły polskiej w Aberdeen. Starając się zrozumieć napięcia i stresy targające ich dojrzewającymi osobowościami, nie naciskałam. Ograniczyłam się do delikatnej perswazji, po czym ogłosiłam kapitulację mając nadzieję, że do tematu jeszcze powrócimy.
I tak od wyjazdu mojej mamy upłynęły zaledwie dwa tygodnie, a już zaczęłam odczuwać drobne uciążliwości bycia samotną matką, pozbawioną dodatkowo pomocy rodziny, której można by podrzucić dzieci choćby na dwie godziny.
Wszystko kręci się wokół dzieci. Lekcje gry na gitarze, konie, balet, kino, a gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie samej. Mnie egoistki, nie będącej matką rozpieszczonej dwójki choćby przez dwie godziny.
Zanurzyć się w rozkoszach shoppingu, wyskoczyć do fryzjera czy kosmetyczki, albo wreszcie spotkać się na kawce w Klubie Jadowitych.
Zaczęłam tęsknić za polską szkołą, która nie dość, że w jakimś tam stopniu zapewniała dzieciom kontakt z językiem polskim, historią i kulturą oraz polskimi rówieśnikami, to jeszcze zajmowała ich przez ponad cztery godziny w każdą sobotę.
W mojej głowie zaczął zaledwie kiełkować plan, aby wszelkimi dostępnymi metodami nakłonić Złośnicę i Młodego do powrotu do szkółki sobotniej, kiedy to stała się rzecz niesłychana.
Wczoraj wieczorem, Złośnica dostała przepustkę na zabawę w domu koleżanki. Sandra jest bardzo miłą dziewczynką i mieszka w naszym bloku. Jej rodziców znam tylko z widzenia i poza tym, że mówimy sobie Dzień dobry, nie utrzymujemy bliższych kontaktów towarzyskich.
Coś musiało być na rzeczy, bo nagle Złośnica zrobiła użytek z telefonu komórkowego i wykrzyczała mi w ucho:
- Mama, mogę iść jutro z Sandrą do jej polskiej szkoły? Pojadę z nimi autobusem i jej mama mnie zapisze. Będę chodziła z Sandrą do tej samej klasy!
Bynajmniej nie wpadłam w euforię - Córuś, przedyskutujemy to jak wrócisz do domu.
Córuś wróciła wkrótce w asyście Sandry i jej wujka, który ciągle wprasza mi sie na kawkę (ale to temat na innego posta), aby wspólnie przekonać mnie, do pomysłu szkoły. Spławiłam ich grzecznie, po czym zaczęłam odpierać ataki Złonicy.
- Najpierw mnie zmuszasz, żebym chodziła do polskiej szkoły, a potem mi zabraniasz? Ta Sandry szkoła jest lepsza, bo tam lekcje trwają tylko trzy godziny i chodziłabym razem z Sandrą. Ja sie chcę uczyć, a ty mi nie pozwalasz! - tu zły jak grochy, tupnięcia nóżką i spojrzenia spode łba.
- Kochana Wredoto! Absolutnie nie zamierzam ci stać na drodze do wiedzy. Możesz pójść do polskiej szkoły jutro, ale nie do tej, do której chodzi Sandra, tylko do twojej "starej" polskiej szkoły.
Jak, unikając prania mózgu, wyjaśnić dziesięcioletniej dziewczynce, że posyłanie jej do szkoły stricte katolickiej, prowadzonej przez ojca dyrektora
, kłóci się z mym światopoglądem? Nie da się.
Odnalazłam w internecie stronkę Szkoły im. św. Stanisława Kostki w Aberdeen i pokazałam jej kilka fotek z galerii - jakaś akademia z ołtarzem tle, ojciec dyrektor w penym rynsztunku, oraz plan lekcji, w którym oczywiście nie mogło zabraknąć katechezy i przygotowań do I Komunii Świetej.
Zajęcia z religii i przygotowania do komunii i bierzmowania oferowae są przez obie szkoły koegzystujące w Aberdeen. O ile jednak w szkole laickiej są one zajęciami fakultatywnymi, o tyle jestem pewna, że w szkole katolickiej są one obligatoryjne (w końcu taki jest duch szkoły).
Argumenty moje zdawały się nie przemawiać do Złośnicy. Nawet moja uwaga, że na wieść o tym, iż Złośnica nie była jeszcze przyjęta do pierwszej komunii, ojciec dyrektor niechybnie nazwałby ją córką szatana!, zdołała jedynie wywołać cień uśmiechu na jej twarzy. Szła w zaparte.
Wtedy w sukurs przyszedł mi Młody. Niechybnie poruszony moją, jak z Radia Maryja, córką szatana!, wtrącił się do dyskusji dobywajac argumentów, których ni jak nie można było odeprzeć:
- Ale ty głupia jesteś siosto, że chcesz chodzić do takiej głupiej szkoły!
Po czym zdruzgotał nas obie oświadczeniem:
- Ja jutro wracam do naszej starej polskiej szkoły!
Z taką pewną nieśmiałością, skrywając radość i bojąc się wszystko zepsuć, zapytałam - Naprawdę?
- Tak, chcę się uczyć polskiego i .... miałaś rację, bardziej się nudzę w domu niż w szkole. I nie znoszę chodzić z tobą na shopping!
Kiedy kładłam ją spać, Złośnica wciąż się dąsała, tak pro forma, ale wiedziałam, że rano pójdą do tej szkoły razem.
I poszli!
Zawiozłam ich i pijana radością z posiadania całego przedpołudnia dla siebie kupiłam paczkę desek i śrubek
, po czym wolna od "mama mogę?, mama daj i mama zobacz" skręciłam zawartość paczki w szafkę na buty - dzień cudów!
... i szkockich kierowców.
Pozabijałabym wszystkich, albo przynajmniej pozabierała prawa jazdy.![]:-> ]:->](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile38.gif)
Dziś rano, w drodze do pracy, o mało nie zostałam zepchnięta z drogi przez ciężarówkę-pług śnieżny. Zresztą to już drugi raz na przestrzeni 6-ciu miesięcy, kiedy to jakaś ciężarówka targa się na moje życie.
Aberdeen znów zasypane śniegiem, więc korki na drogach (i pługi - wrrr..). Wlokę się dziś więc do pracy, pomalutku, w wielkim korku, aż tu na raz jadący obok mnie, na prawym pasie, pług snieżny zaczął sobie, tak po prostu zjeżdżać na mój pas. Bez kierunkowskazu, bez sprawdzenia czy jest gdzie zjechac. Normalnie śmierć w oczach. Dodam jeszcze, że nie wykonywał on w tym czasie odśnieżania i nie świeciło mu się żadne "ijo, ijo", więc na pewno nie był pojazdem uprzywilejowanym. Był takim samym użytkownikiem jezdni jak i ja.
Zahamowałam gwałtownie i próbowałam uciec na chodnik. Bez szans, na poboczu zwały zmrożonej breji utworzyły barykadę nie do pokonania dla samochodu prywatnego. Takie przeszkody pokonywane są bez trudu jedynie przez kierowców prowadzących pojazdy służbowe
.
Odbiłam w lewo jednak na tyle skutecznie, aby uniknąć kolizji z tym debilem - kierowca Aberdeen City Council, zaraz po kierowcach autobusów, największe zagrożenie na drogach!
Otrząsnełam się z szoku szybko, wyjechałam z zaspy, zmieniłam pas na prawy (z zachowaniem wszelkich szykanów bezpieczeństwa), dogoniłam gnojka, obtrąbiłam i z kurtuazją pokazałam mu środkowy palec. Po czym dobyłam jakiś rachunek z torebki i szminkę (ciekawe gdzie znów zostawiłam długopis?) i spisałam jego numer rejestracyjny.
Kolejne pół godziny w korku spędziłam wizualizując słodką zemstę. Skargę złożę!, na Policję zadzwonię, ruską mafię naslę!
Gotowało się we mnie jeszcze, kiedy opowiadałam całe zdarzenie w pracy.
Po czym zasiadłam z kawką przy biurku i zaczęłam zrywać weekendowe kartki z mojego kalendarza ze złotymi myślami. Sentencja na dziś brzmi:
Na każdą minutę kiedy jesteś zła, tracisz sześćdziesiąt sekund szcześcia.
Ki diabeł!?
Całkiem sporo działo się u nas ostatnio, to i czasu nie było, żeby to wszystko zakronikować. Zresztą nie wszystko się jeszcze do końca wyjasniło to i może lepiej będzie jak się wstrzymam z bólami do momentu rozwiązania (łamigłówki
).
Obiecałam sobie zresztą, że postaram się mniej czasu spędzać serfując po internecie, bo zdaje sie, że popadłam w jakieś uzależnienie. Niestety, chyba jednak w dzisiejszych czasach nie da się funkcjonować bez internetu, tzn. ja nie mogę.
Tak więc znów sporą część wolnego czasu przebąblowałam na internecie. Jedynym postępem jaki udało mi się osiągnąć jest tylko to, że chyba mniej czasu spędziłam na forach, blogach i naszej klasie za to całkiem sporo na aukcjach internetowych i youtubie.
Wszystko za sprawą zaproszenia na przyjęcie urodzinowe, które miało być jednocześnie zabawą karnawałową zorganizowaną pod hasłem bollywood party.
Tak więc sporą część czasu spędziłam na aukcjach w poszukiwaniu sari, w które mogłabym się zawinąć niczym hinduska księżniczka
. Pozostały czas spędziłam studiując różne sposoby zakładania sari.
Kiedy wreszcie przesyłka zawierajaca pięciometrowy pas ozdobnego materiału dotarła do mnie rozpoczął się okres prób (i błędów). Dowiedziałam się na przykład, że bielizna, którą noszą hinduski pod sari - długa półhalka z gumką w pasie zwana petticoat - jest elementem ubioru, bez którego się nie obejdę.
Mój plan polegał na udrapowaniu sari na założonych pod spód spodniach do joggingu. Całe szczęście w porę zorientowałam się, że w ten sposób nie będę w stanie skorzystać z toalety bez rujnowania całego stroju. Powstrzymam się od opisywania szczegółów, powiem tylko, że opracowałam rozwiązanie alternatywne
.
A jak to wyszło można zobaczyć na załączonym obrazku.
Wszyscy uczestnicy przyjęcia wczuli się w klimat
i było sporo śmiechu. 
Zwycięzca konkursu na najlepszy, choć może nie do końca w klimacie indyjskim, strój otrzymał w nagrodę własny harem 
Dziwny to był tydzień. Przystosowawczy. Nerwowy.
Czekała, czekała i wreszcie się doczekała. Moja mama. Wróciła już sobie na ojczyzny łono. Do swojego pieska Pikusia, do domku swojego, do ramówki TVP i wreszcie do mojego brata i jego córek, przy czym nie jest wykluczone, że tęskniła za wszystkim w takiej właśnie kolejności
.
Pół roku, kiedy moja mama wspierała mnie na wszystkich frontach, minęło "...jak z piczy strzelił ..." ("Lejdis")
i w poprzednią sobotę odwieźliśmy ją na lotnisko.
Już w tym pierwszym tygodniu bez niej zaczęło do mnie docierać jak bardzo pomogła mi jej obecność w domu. Obecność kogoś z kim można było - czasem nawet trzeba było, choć się wcale nie chciało - pogadać. Z pewnością jej obecność działała na mnie mobilizująco i krzepiąco, bo przecież skoro ona mogła przejść przez to samo, to i ja też powinnam dać sobie radę.
Właściwie, to od pewnego czasu zaczęłam również, razem z moja mamą, odliczać dni do jej wyjazdu. Do takiej paradoksalnej sytuacji doprowadził mój szef. Wróciwszy do pracy po pogrzebie, poprosiłam szefa o dostosowanie mojego czasu pracy do nowej sytuacji, tak abym mogła sprostać opiece nad dziećmi. Doszliśmy do porozumienia, że mogę pracować sześć godzin, od 9-tej do 15-tej, czyli w czasie kiedy dzieci są w szkole.
Ponieważ jednak wszem i wobec wiadomo było, że moja mama zamieszkała z nami na czas nieokreślony, szef wykożystał ten fakt przeciwko mnie i odroczył wykonanie naszej umowy do momentu, kiedy moja mama wyjedzie i nie będzie innego wyjścia. Psioczyłam trochę w duchu, ale nie protestowałam.
Tak sie akurat złożyło, że zmiany w moim życiu prywatnym i zawodowym zbiegły się ze zmianami w samej firmie. Knowania szefa polegające na wykupieniu udziałów naszej firemki z sieci ogólnokrajowej i rozpoczęciu działalności na własny rachunek, pod nowym szyldem miały stać się faktem w poniedziałek.
Tymczasem prawnicy zwlekali z zatwierdzeniem tego co się w takich sytucjach zatwierdza - nie wiem nie wnikałam - a szef się niecierpliwił i był zdecydowanie nie w humorze.
Dziwiłam mu się bardzo. W końcu to Szkocja! Ja mieszkam tu zaledwie trzy i pół roku i już się nauczyłam, że tu wszyscy mają czas, nie ma spraw załatwianych "na wczoraj", bo nikomu sie "nie pali".
Tak myślałam, ale się nie odzywałam, bo przez te jego humorki (nie lubię humorzastych ludzi) dałam się wpędzić w poczucie winy, że nie pracuję już na pełen etat. Poza tym miałam jeszcze inne problemy na głowie.
Młody akurat pierwszego dnia, kiedy już zabrakło wsparcia babci, dostał jakiejś biegunki i już myślałam, że nie będzie mógł pójść do szkoły. Za to Złośnica posiała gdzieś worek ze strojem gimnastycznym i nawet babcia wezwana na pomoc telefonicznie, nie była w stanie umiejscowić zguby (zresztą do dziś się nie odnalazł, kto kolwiek widział? ktokolwiek wie?).
Aby nie popaść w większą niełaskę w pracy, postanowiłam wstrzymać sie od pytań, na którym papierze firmowym wydrukować potwierdzenia zatrudnienia dla pracowników i skupić się na załatwieniu (cichaczem) szkółki gitary dla Młodego i jazdy konnej dla Złośnicy - czas wyciągnąć korzyści z bycia w domu przed 18-tą.
Jednak im dłużej odwlekała się finalizacja biznesu, tym trudniejsza stawała się atmosfera w firmie. Napięcie rosło w sposób odczuwalny. Do pieca dołożyła mi jeszcze Ivonna, przekazując mi ploteczki z papierosa i swoją zwykłą śpiewkę w stylu: dla nich zawsze będziemy obcokrajowcami, nie jesteśmy traktowani na równi z nimi itp. Przez chwilę dałam się zwariować i popadłam w przygnębienie.
Kiedy jednak w czwartek sprawa firmy została przypieczętowana i szef, podśpiewujac swoim zwyczajem fałszywie
, wręczył nam po butelce szampana humor mi się poprawił. Bynajmniej nie z powodu szampana. Szampan mnie akurat nie ucieszył wcale. Kiedy szef po angielsku zawinął się do domu, zagadnęłam do Margaret, że właściwie, to wolałabym jedno z tych win kupionych dla klientów zamiast szampana, bo jakoś nie mam z kim tak hucznie świętować, żeby zaraz z szampana strzelać. Maggie zagadnęła Caluma i dostałam przyzwolenie na zamianę bąbelków na czerwone wytrawne, rocznik 2007.
Był to znakomity wybór. Zaledwie dwa kieliszki tego specjału wystarczyły, abym zobaczyła świat takim jakim chce go widzieć. Doszłam do wniosku, że jeżeli uwieżę Ivonnie, to niechybnie jak ona skończę na antydepresantach. Ivonna ma tendencję to odbierania każdej wypowiedzi jako skierowanej przeciwko niej, sama izoluje się od reszty załogi podkreślając przy każdej sposobnosci swoje (lepsze) pochodzenie, krytykując wszystko co szkockie i stanowczo (czyt. opryskliwie) odmawiając wykonania jakiejkolwiek czynności, która nie wynika bezposrednio z zakresu obowiazków przypisanych do jej stanowiska pracy. Efekt jest taki, że naprawdę trudno jest darzyć ją sympatią.
Nawet taka Matka Teresa jak ja czasem traci cierpliwość. Jak na przykład w poniedziałek. Pracowałam nad tłumaczeniem, które w piątek zlecił mi Calum. Potrzebował coś mieć przetłumaczone na polski, węgierski i łotewski, dla naszych pracowników. Wiem jak beznadziejne są te wszystkie translatory dostępne w internecie, dlatego o tłumaczenie na węgierski poprosiłam Gabora. Wysłałam mu maila z prośbą w piatek, a w poniedziałek na skrzynce już tłumaczonko czekało. No to proszę Ivonnę, żeby mi to łotewskie tłumaczenie zrobiła, a ona mnie do translatorów odsyła. Żeby nie ta sraczka Młodego, zaginione trampki Złośnicy i szefa muchy w nosie toby pewnie po mnie spłynęło, ale w związku z powyższym, nie spłynęło tylko się zagotowało. Rzekłam słów kilka mojej łotewskiej koleżance i wzięłam się za tłumaczenie z użyciem translatora online. Ivonnie oczywiście rura zmiekła i ostatecznie postanowiła mi pomóc, przy czym przekonała się, że miałam rację mówiąc do czego są te translatory - większość trzeba było poprawić.
W każdym bądź razie, dzięki niezwykłym właściwościom relaksacyjnym wina czerwonego (w ilosciach znikomych, bez obaw) odpuścił mi wreszcie szczękościsk, który towarzyszył mi cały tydzień i nawet fakt, że Młody ostatecznie rozchorował się na tą grypę żołądkową nie był już w stanie pozbawić mnie przeświadczenia, że będzie dobrze.
Delektując się tym winkiem jeszcze wczoraj przypomniałam sobie, że przecież jestem urodzoną optymistką. To z kolei nakazało mi przypomnieć sobie, że wszystko jest względne - widzimy rzeczywistość przez pryzmat swoich przekonań, lęków, ograniczeń, nie zawsze jesteśmy obiektywni. Może i czułam się pokrzywdzona przez szefa, że nie od razu pozwolił mi zmienić czas pracy, prawdą jest też, że nie traktuje mnie na równi z innymi. Pod wieloma względami traktuje mnie lepiej. Dlatego, że jestem obcokrajowcem?, czy dlatego, że na to zasługuję?, a może przynosi to jakieś kożyści dla firmy? - prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, najważniejsze aby umieć się w tym odnaleźć.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 3090
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
sama jeszcze nie wiem jak to wyjdzie :)