Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Olga.

środa, 18 listopada 2009 23:57

Kim jest tytulowa Olga? Olga jest mila Ukrainka, ktora przed trzema tygodniami zatrudnilam na jednym z naszych kontraktow w charakterze cleaner'a, a ktora wniosla do mojego zycia odrobine niepokoju i mnostwo radosci do naszego biura.
Sprawa Olgi jest dla mnie zagadka.
Otoz okazalo sie juz pierwszego dnia pracy Olgi, ze jest ona osoba wyksztalcona w ksiegowosci i choc zmuszona przez zycie po podjecia pracy jako sprzataczka, nie zamierzala tego zajecia wykonywac dlugo. Wrecz przeciwnie postanowila zmienic bieg swej kariery juz pierwszego dnia zatrudnienia nagabujac przelozonych pytaniami o prace w naszym biurze. Co wiecej zadzwonila do mnie nastepnego dnia zadajac mi ciag nieco dziwnych pytan: jaka jest moja pozycja w firmie?, jak dlugo pacuje?, w jaki sposob otrzymalam te prace? i na koniec, chyba aby mnie uspokoic, czy znam namiary na jakies agencje lub firmy, ktore byc moze poszukuja ksiegowych? Ale ja nie wiedzialam o zadnych ofertach pracy  i to zapewne upewnilo Olge o braku moich kompetncji. Jako, ze po jakichs 2 tygodniach zaczely do mnie docierac od roznych osob informacje jakoby Olga zadawala te same pytana dotyczace mojej osoby kazdemu, kto jej zdaniem moglby znac na nie odpowiedz. Najbardziej niepokojace bylo to, ze do listy pytan doszly: czy ja nadaje sie na zajmowane stanowisko? czy moze ona, Olga, moglaby je zajac? Troche to bez sensu, bo biorac pod uwage specjalizacje Olgi, moglaby sie ona ewentualnie starac o stanowisko Ivonny. No, ale uparla sie na mnie. 
Nie omieszkalam sie oczywiscie rozeznac w sytuacji, zadajac pytanie wprost szefostwu oraz weszac kryjace sie P45 za kazda prosba szefa o poswiecenie mu 5 minut ;-). W koncu, aby mnie udobruchac szef obiecal oddac Oldze swoje stanowisko.
I w tym momencie rozpoczal sie calkiem przyjemny okres olga-zartow w biurze, ubarwiony dodatkowo kilkoma dziennie telefonami od Olgi pytajacej o prace w naszym biurze. Potem zrobilo sie jeszcze ciekawiej, bo Olga zaczela wydzwaniac do  Caluma, ktory to okazal sie ''zdrajca'' ;-) i przez swoja nieumiejetnosc odmawiania kobiecie cos jej tam naobiecywal :)
Juz samo haslo ,,Olga dzwonila'' wystarczylo, aby wzbudzic wybuchy smiechu w ,,ofisie''. Oczywiscie uzywano sobie na mnie do woli, mowiac na przyklad:
-Nie wiesz? Olga by wiedziala.
- Jeszcze tego nie skonczylas? Olga........... i tak dalej :-).

Jednoczesnie starano sie, co prawda,  zapewnic mnie o mojej silnej pozycji w firmie powolujac moje niepodwazalne mistrzostwo w parzeniu kawy (czy nie za malo, aby utrzymac sie na stolku ?:-/).
Jedyna osoba, ktora powaznie przejela sie cala sytuacja byla Ivonna, ktora agresja reagowala na kazda wzmianke o Oldze (zwlaszcza jak wyszly na jaw konszachty z Calum'em ;-)) i omal nie spoliczkowala :-/ Calum'a za bycie milym dla Olgi podczas rozmowy telefonicznej. No coz, wschodnio-europejski temperament (o_o).
Niestety okazalo sie, ze ,,visor'' Olgi mial sporo zastrzezen do jakosci jej pracy, o czym zostala ona poinformowana i poproszona o poprawe. Olga nie wytrzymala presji i zadzwonila do biura ok 3pm - o tej porze jestem juz ostatnia zywa dusza w ,,ofisie'', wiec to mi przypadl zaszczyt odebrania wypowiedzenia Olgi .
- I want to fire myself - powiedziala mi Olga.
Przy czym nie omieszkala mi podziekowac za okazana jej uprzejmosc, zaoferowanie pracy i wogole, takie tam ''versale''. Pozalila mi sie jednak, ze wine za jej odejscie ponosi polski team, z ktorym przyszlo jej pracowac, a ktory podobno oczernil ja strasznie przed ''visorem'' - Szkotem. Cala sytuacje Olga przyplacila uszczerbkiem na zdrowiu, dopadly ja jakies palpitacje serca i juz opuszcza dom, aby udac sie do szpitala na ostry dyzur. WTF???
No wiec jak to jest z ta Olga?
Ivonna twierdzi, ze ona jest stuknieta.
No coz, ktos tu na pewno jest stukniety ;-)

komentarze (0) | dodaj komentarz

wrrrrrrr......

poniedziałek, 16 listopada 2009 19:51

Kolejny dzien jak co dzien, nic tylko sie zabic. Zapowiadal sie nawet nie najgorzej, a teraz szukam kogos na kogo bym mogla nawrzeszczec. Jakby byl maz to by nie bylo problemu, w koncu po to oni sa, zawsze im sie obrywa. A tak to dupa. W zasadzie to Mlody (Synal) dzis dopelnij czary goryczy, ale jego - choc sie zgrywa na mojego meza - nawet porzadnie oprierdoczyc nie mozna, bo jest w takim wieku, ze ani ja jego, ani on sam siebie nie rozumnie. Za duze ryzyko, jeszcze sie zamknie w sobie na dobre i wtedy to juz tylko psychiatra. Pani psycholog, chwilowo sie poddala. Powiada, ze Mlody (wlasciwe ta ksywa teraz bardziej do niego pasuje niz Synal - smarkacz gada ze mana jak rowny z rownym, jakos nie jak moj, do niedawna, synus) jeszcze nie gotowy, zeby sie otworzyc. Mowie wam zanim on sie ,,odemknie'' to ja w wariatkowie wyladuje.
No wiec zaczelo sie to wszystko pier.. psuc, jak po uczciwie przepracowanym dniu postawilam pierwszy krok w domu. Pierwszy w doslownym tego slowa znaczeniu, druga noga jeszcze byla za progiem kiedy Mlody wystekal:
- Mama cos sie w komputerze popsulo, glosu nie ma'.
- A co zrobiles?
- Nic, zainstalowalem gre i sluchawki przestaly dzialac.
Uwielbiam jak problemy pojawiaja sie zanim jeszcze zamkne za soba drzwi. Prawda jest taka, ze wkurzyl mnie nie tyle fakt, ze znow cos sie skopalo (raptem miesiac temu znajomy dzwignal caly system), ale po prostu moja bezsilnosc w tym temacie, bo ja sie kompletnie nie znam na komputerach od strony technicznej. Nigdy nie musialam, od tego mialam malzona, ktory w te klocki byl zebesciak.
Tak wiec po kilku probach polegajacych na wetknieciu kabla laczacego wejscie glosnikow w monitorze do trzech mozliwych wyjsc znajdujacych sie w jednostce centracnej, bez sukcesu, postawilam diagnoze, jedyna z mozliwych.
- Na pewno cos kliknales, i skopales! -Tak to juz jest na swiecie, ze jak mozemy na kogos zrzucic wine za niepowodzenie to jest nam troche lepiej.
- Dobra nie mam teraz na to czasu, wkurzac sie bede pozniej, a teraz ubieraj sie jedziemy na tenis.
Tu przydaloby sie troche wprowadzenia do tematu. Otoz Mlody jest straszliwie leniwy do wszelkiego sportu, ale uwielbia tenis. Jakos tak w sierpniu namierzylam pewnego Pana Bartka, ktory postanowil uczyc polskie dzieci gry w tenisa. Bylo naprawde fajnie, Pan Bartek z zona byli swietnymi trenerami, ale niestety nie mieli odpowiednich papierkow upowazniajacych ich do prowadzenia treningow na kortach podleglych wladzom miasta. Dopoki bylo cieplo, nie bylo problemu. Pan Bartek znal zapomniany przez wszystkich kort otwarty i bylo, jak mawia moja trzyletnia bratanica, gites. Grupa dzieci bioracych udzial w treningach rosla z tygodnia na tydzien, ale lato sie skonczylo i zaczal sie problem. Pan Bartek co prawda cos tam wymyslil, zeby wejsc z dziecmi na korty w Westburn Centre, treningi mialy byc 3+1, zeby wygladalo jak rodzina, ale plan oplat za treningi w rym ukladzie byl dla mnie niestety nie do przeskoczenia.
No, ale zawsze przeciez jest plan B. No wiec moj plan B byl taki, ze podziekowalam Panu Bartkowi za mila wsolprace i zapisalam Mlodego na trening tenisa organizowany przez Westburn Tennis Centre. Mlody musial przejsc tzw. assessment, na ktorym pani trener ocenila jego umiejetnosci i Mlody zakwalifikowal sie do grupy zielonej - najlepszej (tu uklon w strone pana Bartka). Nastepnie musielismy odczekac kolejne 2 tygodnie i stawic sie na dzien otwarty, kiedy to odbywaly sie zapisy. Uprzedzono nas, ze liczba miejsc jest ograniczona, wiec kto pierwszy ten lepszy. Zerwalismy sie skoro swit i rzutem na tasme udalo nam sie zapisac na ostatnie wolne miejsce.
Zapowiadalo sie obiecujaco. Oczyma wyobrazni juz widzialam jak trenerzy dostrzegaja talent Mlodego, wysylaja go na zawody i zlote medale.....
A tu zonk! Po pierwszych zajeciach sama bylam rozczarowana. Grupa zakwalifikowana na trening liczyla 24 osoby, trenerow co prawda bylo 2 wiec wyszlo 2x12, ale i tak....pamietam, jak Pan Bartek mowil, ze optymalnie jest 4 dzieci na jednego trenera.
No, a tu mialam szanse sie przekonac na zywym organizmie, ze opcja 12 na jednego nie ma szans powodzenia. Mlody przyzwyczajony do luksusu dzielenia pana Bartka tylko z trojka innych dzieci, byl po prostu zalamany. Tu nie bylo mowy o treningu. Pani trener wydawala polecenia dzieci trenowaly siebie nawzajem, czyli wygladalo to mniej wiecej tak, ze pilki lataly we wszystkich mozliwych kierunkach i nikt nie byl w stanie ich odbic, pomijajac juz fakt, ze kort tenisowy nie jest przewidziany dla 12 zawodnikow grajacych jednoczesnie.
I tak, po pierwszym treningu mlody oswiadczyl mi, ze byl tu 2 razy - pierwszy i ostatni. Udalo mi sie go jakos przekonac, ze to dopiero pierwszy raz, ze moze nastepny bedzie lepszy, moze dzieci sie wykrusza i zeby sie tak nie wstydzil, bo to go tez toche paralizuje i nie gra tak dobrze jak przedtem.
Wygralam, mlody dal im druga szanse. Niestety okazalo sie, ze nie mialam racji. Nie bylo lepiej. Za to Mlody emanowal taka niechecia do calego tego przedsiewziecia, ze pani trener nie wytrzymala i zapytala mnie co jest nie tak z tym dzieckiem?
No wkurzylam sie za Mlodego. Jego zachowanie nawet mnie wyprowadzalo z rownowagi. W sumie podziwiam Pania trener, bo ja bym mojego syna zabila na miejscu. Bylam tak zazenowana jego zachowaniem, ze postanowilam ukryc nos w ksiazce i nie obserwowac tego co sie dzialo na korcie.
Wreszcie trening dobiegl konca. Oczywiscie nie omieszkalam nawkladac Mlodemu, ze sie zachowuje jak ksiaze udzielny i ze juz tu nie musi wiecej przyjezdzac bo mi za niego wstyd i nie zamierzam tego wiecej ogladac. Oczywiscie Mlody jak kazdy facet jest z Marsa i nie rozumial o co 'kaman', poza tym ze ten jazgot najwyrazniej go irytowal.
Co mnie wkurza najbardziej to fakt, ze Mlody ma w zasadzie racje, ze traci czas na tych treningach, a moj problem polega na tym, ze po prostu wymiekam w takich sytuacjach jak ta. Mlody ma dopiero 12 lat, ale troche mu sie juz w zyciu naje.... nazepsuwalo, i chyba wszedl juz w ten trudny okres dojrzewania, a ja kompletnie nie daje sobie z tym rady. W czym zreszta Mlody sam mnie utwierdza, cedzac przez lzy, ze tylko tata go potrwfil zrozumiec.
Jako ze jestem tylko kobieta, gderalam cala droge powrotna, dajac upust wlasnym emocjom. Starajac sie przy tym nie przesadzic, pomna poprzedniej porazki, zakonczonej wybuchem placzu mlodego, zakonczonego konsultacjami z psychologiem.
Dojechalismy do domu. I zaraz po wejsciu do salonu zanotowalam, ze cos jest nie tak w akwarium. No tak, filtr wody, nie czyszczony przeze mnie chyba od 3 miesiecy odmowil dalszej wspolpracy. I tu porazka, bo to tylko moja wina. Probowalam co prawda, idac za ciosem, przeniesc ciezar winy na dzieci, ale to nie ''zarzarlo''.
I nagle z cala jasnoscia dotarlo do mnie, ze to WSZYSTKO moja wina. Moje frustracje i nie radzenie sobie z drobnymi problemami dnia codziennego sprawiaja, ze takie glupoty urastaja nagle do niebotycznych rozmiarow. I chce po prostu gryzc, kasac i drapac jak szkocica ;-).
Dzieki ci Marcinku, ze zanim odszedles, udzieliles Mlodemu najwazniejszej lekcji, ze wyjasniles mu, ze kobiet nie da sie zrozumiec, wobec czego nie warto nawet probowac. Dzieki temu kryzys zostal zazegnany bez ofiar smiertelnych i, mam nadzieje, bez uszczerbku na duszy i umysle. Ja ze swej strony moglam tylko przeprosic. Mlody juz rozmawia ze mna jak gdyby nigdy nic.

Zlosnica, poki co, jest ''latwa w obsludze'', ale juz sie boje co to bedzie jak podrosnie, bo tak jak ja jest skorpionem. Oj, bedzie sie dzialo.

komentarze (1) | dodaj komentarz

bez tytulu

piątek, 06 listopada 2009 19:10

za ramionami co ochronia przed swiatem,
za ustami co scaluja lzy,
za cieplem, zapachem ciala,
za toba,
za nami,
tesknie

komentarze (1) | dodaj komentarz

Jakos poszlo.

środa, 04 listopada 2009 20:55

Stresowalam sie bardzo, jak to kobieta - na zapas, wiec juz od kilku tygodni chodzilam jak na szpilkach. Balam sie juz samej podrozy. Wyjazd o drugiej w nocy, po calym dniu liczenia wyplat, przewidywalna pogoda (czyt. warunki jazdy), zdezelowane wycieraczki doprowadzajace mnie do szalu miarowym lomotem, no i odosobnienie w samochodzie (wciaz jest to miejsce gdzie nie udaje mi sie uciec przed myslami). 
Jako osobie niezwykle zaradnej, udalo mi sie zredukowac ilosc elementow niekorzystnych ;). Przede wszystkim, rozplanowalam prace tak, ze moglam zawinac sie do domu juz o 2 pm i odpoczac. Na pogode niestety nie mialam zadnego wplywu, lalo nawet mocniej niz zwykle, ulice byly miejscami podtopione, na wysokosci Dundee mgla, ze oko wykol. Za to wycieraczki nowiutkie smigaly bezszelstnie :) z glosnikow spiewala zdetoksykowana Whitney Houston na zmiane z Alexandra, no i najwazniejsze - okazalo, sie ze dwojka moich znajomych leci tym samym samolotem, wiec mialam towarzystwo. Z punktu A do punktu B dojechalismy bezpiecznie i na czas. Tomkowi zagotowalo sie tylko raz, gdy na zyczenie Basi wymienialam Alexandre na Whitney, nie ufal kobiecej podzielnosci uwagi ;-).
Na lotnisku zaskoczyla mnie dokladnosc z jaka przeprowadzono odprawe celna. Po przejsciu przez bramke co druga osoba zostala ''obmacana'' w poszukiwaniu nie wiem czego. Ja mialam pecha, wypadlo, ze bylam co pierwsza ;-), za to bagaz podreczny przetrzepano mi bardzo dokladnie, nawet ksiazka zostala przekartkowana, wszystkie zameczki i kieszonki otwarte, a paluszki pani celniczki slizgaly sie po wnetrzu torby szukajac jakichs ukrytych schowkow.
Dalsza podroz przebiegla juz bezproblemowo i tylko zmeczenie dawalo mi sie we znaki. Bo czymze innym jak nie krancowym zmeczeniem mozgu wytlumaczyc np. zaskoczenie i towarzyszaca mu mysl: ''ile tu Polakow'' podczas wizyty w RP.
Majac za soba pierwszy etap, moglam skupic sie na etapie drugim, rowne stresujacym, czyli jak przezyc nieuniknione spotkanie z ''juz nie tesciami'', jak spotkac sie z wszystkimi przyjaciolmi w zaledwie 3 dni, no i oczywiscie sprostac oczywistemu celowi mojego wyjazdu do Polski w dniu Wszyskich Swietych.
Dotychczasowe stosunki z moimi tesciami byly delikatnie rzecz ujmujac trudne, natomiast stosunki z ''juz nie tesciami'' okazaly sie byc jeszcze trudniejsze. I na tym temat zakonczmy. 
W spotkaniu z przyjaciolmi pomogli Ania z Siwkiem, ktorzy otworzyli drzwi swego domu dla naszej zgraji. Obecnoscia dopisali prawie wszyscy, a niektorzy jeszcze bardziej - siostry Siwka, Ilony, nie widzialam wieki cale i az sie wzruszylam na jej widok. Popijajac co kto lubi, wspominalismy dawne dzieje, kiedy to jeszcze bylismy piekni i mlodzi, wszystkim nam brakowalo Marcina, rozumielismy sie bez slow i nie musielismy o tym mowic. I tak bylo lepiej. Cytujac Ize Kune w Lejdis - obrzadek indianski ;-).
Za to oficjalna msza na cmentarzu, z tlumem ludzi, ktorych wzrok czulam na sobie, przyniosla mi bol niemal fizyczny. Cala sile woli skupilam na tym, aby sie nie rozkleic i jakos mi sie udalo. Jednak przez to skupianie sie na ochronie wlasnej prywatnisci caly ten wyjazd jakby stracil dla mnie sens. Na przyszlosc chyba skorzystam z rady Margaret i wszelkie rocznice celebrowac bede na modle szkocka, robiac w tych dniach to wszystko, na co Marcin mialby ochote gdyby byl z nami. Zreszta dzieci juz zaaprobowaly ten pomysl, a i Marcin chyba tez, bo usmiechnal sie do mnie szelmowsko ze zdjecia :).
Z kolezankami z ZUS juz mi sie nie udalo spotkac na plotach. Odwiedzilam je tylko w miejscu pracy, stresujac je okropnie, gdyz poprosilam kolezanke z obslugi klienta, aby zawezwala je tam niezwlocznie w celu uspokojenia niezmiernie zdenerwowanego interesanta machajacego jej przed nosem pismem podpisanym przez kazda z osobna. Daly sie nabrac wszystkie jak jeden maz, w koncu w ZUS to normalka, ze klient jest nie zadowolony, i z bijacym sercem zbiegly z drugiego pietra z objawami przepowiadajacymi zawal serca. Ale mialam frajde!
Nastepnie zaczal sie ostatni, oczywiscie stresujacy, etap wyprawy - pakowanie. Otoz Anna A. obdarowala mnie ksiegozbiorem ze swej biblioteczki w ilosci znacznej, oraz co nie pozostaje bez znaczenia, o wadze 10kg. Oczywiscie nie bylam w stanie zrezygnowac z jakiejkolwiek pozycji i skonczylo sie na tym, ze mala torbe do bagazu podrecznego zamienilam na wieksza i wleklam te biblioteke za soba przez cale lotnisko :)
Jakby tego bylo malo Grazynka, z ktora spotkalam sie w ostatni wieczor przed wylotem podarowala mi  ksiazeczke z aforyzmami o madrosci kobiet (czasem cos tu zacytuje) oraz, zainspirowana lektura mego bloga, magnes na lodowke gloszacy oczywista prawde, ze ''kac nie jest od picia, tylko od wstawania'', z ktorego to prezentu musialam grubo tlumaczyc sie dzieciom :-]. Nie latwo w koncu wyjasnic cos dziecku, posiadajac wiedze czysto teoretyczna ;-).
I tak oto cztery, raczej bezsenne, dni w podrozy dobiegly konca. Celnicy polscy nie kontrolowali ''swoich'' tak dokladnie jak ich brytyjscy koledzy, obeszlo sie wiec bez kartkowania zawartosci mego bagazu podrecznego. W sumie cala wyprawe nalezy zaliczyc do udanych, jako ze w drodze powrotnej z Glasgow Prestwick do Aberdeen po raz pierwszy udalo mi sie wrocic wlasciwa trasa. Dotychczas za kazdym razem moja nawigacja satelitarna, ktorej ufalam bezbrzeznie, na wysokosci Perth wyprowadzala mnie na manowce podrzednych drog lokalnych, z ktorych na A90 wyjezdzalam dopiero na wysokosci Forfar. Ale nie tym razem! Wyzbywajac sie typowo kobiecej, nieukrywajmy, przypadlosci nie zauwazania znakow drogowych i drogowskazow, postanowilam tym razem baczniej sie im przyjrzec, skorygowac informacje podawane mi przez SatNav i Ta!, Ta! jak po sznurku do domciu. Szkocica rules!


komentarze (0) | dodaj komentarz

Mocher?

poniedziałek, 26 października 2009 16:49

Ivonna (lat 26), kolezanka z pracy, zapytala mnie dzis czy bylam kiedykolwiek mloda. Odebralam to jako aluzje, do mojego, z trudem ukrywanego zgorszenia, ktore budzi we mnie prowokacyjne zachowanie Ivonny wobec naszego kolegi Calum'a (lat cos powyzej 40). Odbilam wiec pileczke, odpowiadajac, iz nie pamietam, czy bylam mloda, bo fakt takowy mial miejsce w ubieglym stuleciu, wiec mialam prawo zapomniec.
Tylko, czy prowokacyjne, a czasem wrecz wulgarne zachowanie Ivonny wynika z ducha nowych czasow, za ktorymi nie nadazam, czy po prostu z braku manier, badz po prostu dobrego smaku?
Od kilku miesiecy Ivonna prowadzi gre z Calum'em, ktora polega na traktowaniu go jak swego partnera. Zartuje, ze w drodze do domu kiedy Calum ja podwozi, zatrzymuja sie w lesie w wiadomym celu. Kiedy przybrala kilka kilogramow oswiadczyla, ze jest z nim w ciazy, itp. Gra ta z pozoru niewinna, podjeta zostala przez reszte biura, mnie nie wykluczajac, i stala sie polem do zabawnych docinek slownych pod adresem zarowno Calum'a jak i Ivonny.
Moj problem polega na tym, ze kiedy Ivonna przekracza tzw. dopuszczalny poziom w tych ''zartach'' mam ochote opuscic biuro, jak w czasie eliminacji do X Factor'a czy Britans got talent, kiedy pojawiaja sie ''kosmici'' - chce przelaczyc kanal.
Zauwazylam, ze Ivonna ze szczegolnym upodobaniem prowokuje w ten sposob Calum'a, kiedy w biurze jestesmy juz tylko Calum, ona i ja - byc moze krepuje ja nieco obecnosc pozostalych, nieco starszych naszych wspolpracownikow.
W zeszly piatek Ivonna paradowala w nowym swetrze, ktory ozdobiony byl takimi dzierganymi kuleczkami, ulozonymi w dwoch pionowych rzedach i dwie przypadaly na biuscie, akutat w miejscu sutkow. Ivonna caly dzien pytala mnie, czy mi sie podobaja te jej welniane sutki...
No i stalo sie. Okolo godziny trzeciej po poludniu, kiedy w biurze bylysmy tylko my dwie i Calum, Ivonna zapytala Caluma przymilnym tonem: Kochanie kiedy jedziemy do domu?
Po jakiejs chwili Calum stanal w biurze gotowy do wyjscia i oswiadczyl, ze jesli Ivonna chce sie z nim zabrac ma 2 sekundy, zeby sie zebrac. Na co Ivonna, stojac przy drukarce, dotknela swych welnianych ''sutkow'' i z wymownym i wystudiowanym gestem pocierajac je, odrzekla: Ja jestem gotowa kochanie, a ty?
Calum poczerwienial, a mnie wyrwalo sie siarczyste przeklenstwo w jezyku polskim i chyba tez spalilam cegle.

komentarze (0) | dodaj komentarz

 123456789  »

sobota, 21 listopada 2009

Licznik odwiedzin: 1598

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

sama jeszcze nie wiem jak to wyjdzie :)

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 12.09.2009 21:31:00
  • autor: Joanna
  • treść: Gosposie bym pozyczy...
dawno juz powinnam zaczac zapisywac 'perelki' jakie sypia sie z ust dzieci, dzis juz nie pamietam smiesznych wpadek jezykowych z przed lat, ale okazuje sie, ze wciaz nie jest na to za pozno, bo 'uwsteczniony' jezyk polski na obczyznie stwarza kolejna szanse :D haslo na dzis - 'chlejek' - pol. lejek